PublicystykaSpołeczeństwoPo co wam wolność, ...
mail
[Zaloguj]

10-09 - dzisiejsze rocznice:

Linki

Po co wam wolność, macie przecież demokrację… (o frekwencji)

DemoPE (...) pojawia się postulat wprowadzenia obowiązku głosowania sankcjonowanego możliwością nałożenia na uchylającego się od… właśnie! Uchylającego się od czego? Uchylającego się od zapisanego w konstytucji czynnego PRAWA wyborczego. Brzmi to surrealistycznie i absurdalnie ale wcale takie nie jest. Bo to nie jest świeży koncept naszych sąsiadów zza Odry lecz patent testowany od jakiegoś czasu w demokratycznej (no może prawie bo przecież mają króla) Belgii. (...)
O tym, że ludzie, którzy lubią zapewniać o swoim przywiązaniu do demokracji, miewają dość często problem z pojęciem jej istoty bezpośrednio przekonałem się kilka, kilkanaście lat temu przy okazji wysłuchania wypowiedzi jednej z ikon naszej walki o prawdziwą wolność, Jana Rulewskiego. Nie pamiętam dla jakiej stacji radiowej czy też redakcji ówczesny poseł czy też senator (bo momentu jego politycznej kariery a nawet siły, z którą wówczas ową karierę łączył też nie odtworzę) w się wypowiadał. Pamiętam tylko, że przez dziennikarkę był indagowany na okoliczność widocznej w sondażach opinii społecznej zdecydowanej przewagi zwolenników kary śmierci nad przeciwnikami wśród obywateli wolnej już wówczas i demokratycznej Polski. Działo się to zapewne przy okazji jakiejś kolejnej obywatelskiej (UPR-owskiej chyba) inicjatywy na rzecz przywrócenia kary głównej. Ówczesny (bodaj) senator zauważył, nie kryjąc zresztą emocji, że o takich sprawach nie powinno się rozstrzygać zadając pytanie tłumowi lecz muszą te decyzje podjąć ludzie światli i świadomi. Od razu zaznaczam, że po takim czasie nie jestem w stanie cytować lecz przekazuję ogólny sens wypowiedzi. Sądząc z dyskusji na ten kontrowersyjny temat problem ograniczania demokracji dostępnej każdemu w zasadzie tylko do prostych czynności manualnych. Wszystko, co ponad to trzeba zostawić „ludziom światłym”. Demokracja przedstawicielska w formie esencjonalnej.
 
Na te wspominki zebrało mi się podczas słuchania radiowego przeglądu prasy podczas którego nawiązano do materiału w jednej z niemieckich gazet komentującego sukcesywny spadek frekwencji podczas niemieckich odsłon elekcji do Parlamentu Europejskiego. Choć tam owa frekwencja wyniosła ca 45% to dla komentatorów jest owa wielkość czymś bardzo niepokojącym. I trudno się dziwić w sytuacji gdy w wyborach do przedstawicielstw lokalnych, krajowych i federalnych Niemcy odnotowują frekwencję na poziomie 80%. Z naszej perspektywy kolosalną. Ale nie o oceny tu idzie lecz o wnioski. Bo te dość mocno korespondują z wizją demokracji zarysowaną przez Rulewskiego. Demokracja demokracją ale niech sobie prostaczki nie myślą, że im wszystko wolno. W tym (niemieckim) przypadku, że wolno im nie pójść sobie głosować. W efekcie pojawia się postulat wprowadzenia obowiązku głosowania sankcjonowanego możliwością nałożenia na uchylającego się od… właśnie! Uchylającego się od czego? Uchylającego się od zapisanego w konstytucji czynnego PRAWA wyborczego. Brzmi to surrealistycznie i absurdalnie ale wcale takie nie jest. Bo to nie jest świeży koncept naszych sąsiadów zza Odry lecz patent testowany od jakiegoś czasu w demokratycznej ( no może prawie bo przecież mają króla) Belgii. Informacje z Brukseli o frekwencji w kolejnych wyborach, o ile wiadomości takie zdołam zarejestrować swą uwagą, to zawsze dla mnie komunikaty z frontu walki o rzeczywistą demokrację w Europie demohipokrytów. Kiedy słyszę, że frekwencja, mimo sporych grzywien nakładanych na uchylających się, osiąga poziom 95% to podziwiam te 5% (wiem, że część z nich nie uczestniczyło z powodów „usprawiedliwionych”) ludzi gotowych ponosić ofiary by dać świadectwo właściwego pojmowania słowa „demokracja”.
Pisze o tym teraz bo tendencja spadkowa ( o naszym wzroście nie wspominam bo naraziłbym się na śmieszność) we frekwencji wyborczej może euroentuzjastycznym eurokratom podsunąć pomysł dla całego naszego kawałka kontynentu bazujący na rozwiązaniu belgijskim i pomysłach niemieckich.
 
A nasze 24% w skali Europy wygląda żenująco. I jak z takim marnym wynikiem wchodzić na salony, aspirować do eksponowanych miejsc? Nie zdziwię się więc, kiedy nasi eurokentuzjastyczni eurokraci sami z siebie, bez żadnych sygnałów od kogokolwiek wpadną na pomysł wyprzedzający eurokratów brukselskich. I wówczas, chcąc nie chcąc, stanę się ofiarą politycznych szykan, łamania konstytucji i bóg wie czego jeszcze. Gdyż jeśli tylko ktoś w Polsce spróbuje z mojego prawa uczynić obowiązek to, bez względu na konsekwencje, będę miał gdzieś jakikolwiek wybory i wszystkich „przedstawicieli” razem wziętych. Bo mój głos to moja sprawa.
rosemann,
dodany: 2009-06-10
Słowa kluczowe: wolność, wybory, demokracja, frekwencja, UE, Polska,
KOMENTARZE:
Zaloguj się