10-09 - dzisiejsze rocznice:
- 65. skazania na śmierć Quislinga
- 67. zajęcia Rzymu. przez Niemców
- 68. rozpoczęcia oblężenia Stalingradu przez niemiecką 6 Armię
- 71. masowego mordu na Polakach w Bydgoszczy
- 71. śmierci kpt. KOP Władysława Raginisa (ur.1908)
- 97. połączenia wybrzeży USA pierwszą autostradą
- 197. bitwy o jez.Erie
- 289. pokoju w Nystad
Szukaj
Nowości
- PO uruchamia - 9/08
- Paralizatory - 18/07
- Sukces zaplecza - 3/07
- KM - W obronie IPN - 12/01
- Poseł PiS A.Macierewicz poinformował - 28/11
- Na ile Polska jest niepodległa? - 10/11
- Nie zrozumcie mnie źle... - 10/10
- MAFIA HAZARDOWA. KOLEJNA ODSŁONA - 1/10
- Kultura po polsku - 23/09
- Change - 20/09
Po co wam wolność, macie przecież demokrację… (o frekwencji)
O tym, że ludzie, którzy lubią zapewniać o swoim przywiązaniu do demokracji, miewają dość często problem z pojęciem jej istoty bezpośrednio przekonałem się kilka, kilkanaście lat temu przy okazji wysłuchania wypowiedzi jednej z ikon naszej walki o prawdziwą wolność, Jana Rulewskiego. Nie pamiętam dla jakiej stacji radiowej czy też redakcji ówczesny poseł czy też senator (bo momentu jego politycznej kariery a nawet siły, z którą wówczas ową karierę łączył też nie odtworzę) w się wypowiadał. Pamiętam tylko, że przez dziennikarkę był indagowany na okoliczność widocznej w sondażach opinii społecznej zdecydowanej przewagi zwolenników kary śmierci nad przeciwnikami wśród obywateli wolnej już wówczas i demokratycznej Polski. Działo się to zapewne przy okazji jakiejś kolejnej obywatelskiej (UPR-owskiej chyba) inicjatywy na rzecz przywrócenia kary głównej. Ówczesny (bodaj) senator zauważył, nie kryjąc zresztą emocji, że o takich sprawach nie powinno się rozstrzygać zadając pytanie tłumowi lecz muszą te decyzje podjąć ludzie światli i świadomi. Od razu zaznaczam, że po takim czasie nie jestem w stanie cytować lecz przekazuję ogólny sens wypowiedzi. Sądząc z dyskusji na ten kontrowersyjny temat problem ograniczania demokracji dostępnej każdemu w zasadzie tylko do prostych czynności manualnych. Wszystko, co ponad to trzeba zostawić „ludziom światłym”. Demokracja przedstawicielska w formie esencjonalnej.
Na te wspominki zebrało mi się podczas słuchania radiowego przeglądu prasy podczas którego nawiązano do materiału w jednej z niemieckich gazet komentującego sukcesywny spadek frekwencji podczas niemieckich odsłon elekcji do Parlamentu Europejskiego. Choć tam owa frekwencja wyniosła ca 45% to dla komentatorów jest owa wielkość czymś bardzo niepokojącym. I trudno się dziwić w sytuacji gdy w wyborach do przedstawicielstw lokalnych, krajowych i federalnych Niemcy odnotowują frekwencję na poziomie 80%. Z naszej perspektywy kolosalną. Ale nie o oceny tu idzie lecz o wnioski. Bo te dość mocno korespondują z wizją demokracji zarysowaną przez Rulewskiego. Demokracja demokracją ale niech sobie prostaczki nie myślą, że im wszystko wolno. W tym (niemieckim) przypadku, że wolno im nie pójść sobie głosować. W efekcie pojawia się postulat wprowadzenia obowiązku głosowania sankcjonowanego możliwością nałożenia na uchylającego się od… właśnie! Uchylającego się od czego? Uchylającego się od zapisanego w konstytucji czynnego PRAWA wyborczego. Brzmi to surrealistycznie i absurdalnie ale wcale takie nie jest. Bo to nie jest świeży koncept naszych sąsiadów zza Odry lecz patent testowany od jakiegoś czasu w demokratycznej ( no może prawie bo przecież mają króla) Belgii. Informacje z Brukseli o frekwencji w kolejnych wyborach, o ile wiadomości takie zdołam zarejestrować swą uwagą, to zawsze dla mnie komunikaty z frontu walki o rzeczywistą demokrację w Europie demohipokrytów. Kiedy słyszę, że frekwencja, mimo sporych grzywien nakładanych na uchylających się, osiąga poziom 95% to podziwiam te 5% (wiem, że część z nich nie uczestniczyło z powodów „usprawiedliwionych”) ludzi gotowych ponosić ofiary by dać świadectwo właściwego pojmowania słowa „demokracja”.
Pisze o tym teraz bo tendencja spadkowa ( o naszym wzroście nie wspominam bo naraziłbym się na śmieszność) we frekwencji wyborczej może euroentuzjastycznym eurokratom podsunąć pomysł dla całego naszego kawałka kontynentu bazujący na rozwiązaniu belgijskim i pomysłach niemieckich.
A nasze 24% w skali Europy wygląda żenująco. I jak z takim marnym wynikiem wchodzić na salony, aspirować do eksponowanych miejsc? Nie zdziwię się więc, kiedy nasi eurokentuzjastyczni eurokraci sami z siebie, bez żadnych sygnałów od kogokolwiek wpadną na pomysł wyprzedzający eurokratów brukselskich. I wówczas, chcąc nie chcąc, stanę się ofiarą politycznych szykan, łamania konstytucji i bóg wie czego jeszcze. Gdyż jeśli tylko ktoś w Polsce spróbuje z mojego prawa uczynić obowiązek to, bez względu na konsekwencje, będę miał gdzieś jakikolwiek wybory i wszystkich „przedstawicieli” razem wziętych. Bo mój głos to moja sprawa.
KOMENTARZE:
Zaloguj się
































