PublicystykaCywilizacjaSyndrom feminizujących jąder
mail
[Zaloguj]

14-03 - dzisiejsze rocznice:

Linki

Syndrom feminizujących jąder* (ballada o wianuszku)

Wiedzmin (...) Osiatyński wylicza aż dziewięć powodów swego feminizmu zaczynając od „dowodu koronnego na istnienie”. Oto jest on feministą „ponieważ wiem, iż nierówność i dyskryminacja płci są tak powszechne, że niemal niedostrzegalne.”. To tak jak z duchami. Wiadomo, że są bo mało kto je widział. A jak kto widział to zaraz się go czepiają, że mu się przewidziało. Tak więc dowody za a nawet przeciw nierówności nie są potrzebne bo mogą świadczyć co najwyżej przeciwko sobie! (...)
Nadrabiając mój kilkudniowy rozbrat z polityka zagłębiłem się w zaległe dzienniki i znalazłem perłę prawdziwą. Oto czterdziestu kilku facetów podpisuje się pod listem z którego wynika… właściwie nic nie wynika poza tym, że, jak zresztą równolegle zauważył en masse zakończony niedawno kongres kobiecy, bez afirmacji nie ma demokracji a bez parytetu nie ma… równości (rym mi się żaden nie nasunął niestety bo „taboretu” i „parapetu” zdecydowanie odpadły…). Wedle autora listu wojny są bo kobiety za mało znaczą. Pewnie Osiatyński nie słyszał o wojnie trojańskiej która wybuchła jak tylko kobieta zaczęła znaczyć nieco więcej ale to szczegół. Owych czterdziestu facetów naprawdę uważa, że jak nam się namnoży w kręgach decyzyjnych feministek… a tak! Feministek bo, póki co, one maja największe parcie na ów „parytet” wiec wyprzedzą na pewno wszelkie kobiece „ni to ni owo” w typie choćby Suchockiej. Tym bardziej, że wedle feministki niewątpliwej, Beaty Stasińskiej „W XXI wieku nie można być prawdziwym demokratą, nie będąc feministą.”**. Wracając zaś do panów owych uważają oni jak najszczerzej, że jak na jednego chłopa w polityce będzie przypadać przynajmniej jedna baba to się z miejsca poprawi. Pan Osiatyński wylicza aż dziewięć powodów swego feminizmu zaczynając od „dowodu koronnego na istnienie”. Oto jest on feministą „ponieważ wiem, iż nierówność i dyskryminacja płci są tak powszechne, że niemal niedostrzegalne.”. To tak jak z duchami. Wiadomo, że są bo mało kto je widział. A jak kto widział to zaraz się go czepiają, że mu się przewidziało. Tak więc dowody za a nawet przeciw nierówności nie są potrzebne bo mogą świadczyć co najwyżej przeciwko sobie! Tak jak przeciwko sobie świadczy Chwin, który, kontrując Osiatyńskiego i jego „czterdziestu rozbójników”, pisze, że dla niego równość nie jest wtedy gdy da się kobietom więcej lecz gdy przestaniemy w życiu publicznym oceniać za cokolwiek poza kompetencją i dokonaniami. Szczególnie zaś  nie za to, co nosi się w majtkach.
 
Oczywiście i Chwin i ja ze swoim nienowoczesnym przekonaniem, że oceny i relacje zawsze dotyczą mnie i konkretnej osoby, mylimy się bardzo. Osiatyński daje to, oczywiście nie wprost bo o moim istnieniu nawet nie wie (bo i skąd?), do zrozumienia jednoznacznie: „Jestem feministą, ponieważ uważam, że ze względu na swoją naturę biologiczną, kobiety lepiej czują, co ludziom, ziemi i środowisku jest naprawdę potrzebne. Toteż jest mi żal, iż o losach społeczeństw i świata decydują głównie mężczyźni.”
 
Fakt. Ile wspaniałych spraw już byłoby załatwionych z miejsca i jak należy!
 
Tak się złożyło, że równocześnie z owymi listami naszych zadeklarowanych właśnie świeżo  feministów przeczytałem podsunięty mi przez Kobietę Moją Kochaną, może mało ambitny ale bardzo pasujący do tematu materiał pt. „Błona dziewicza nie istnieje”. *** Pokazuje on w praktyce jak doniosłymi  dla świata, ludzkości i natury sprawami zajmą się owe tabuny feministek, które zdominują już wkrótce nasze życie . Pokazuje to na przykładzie Szwecji- kraju, który jest w absolutnej awangardzie awangardy postępu. Również tego związanego ze wszystkim co ukrywa się pod pojęciem gender.  Działające tam, przy przyjaznym wsparciu rządu, Szwedzkie Stowarzyszenie do Spraw Edukacji Seksualnej ( jak powiedziane jest w moim źródle „zdominowane przez feministki i sfeminizowanych facetów”) oficjalnie zaproponowało zmianę nazwy błony dziewiczej. Wedle argumentacji odpowiedzialnych za ową propozycję „Niewinność to niejasne pojęcie, które snuje się wokół mitów o kobiecej seksualności, której organizacja się przeciwstawia” oraz Z tego względu, że niewinność kojarzy się z heteroseksualnym spojrzeniem na seks i ogranicza jedynie do stosunku między kobietą a mężczyzną”. Zaś Āsy Regnér szefowa stowarzyszenia skwitowała sprawę definitywnie: raz na zawsze trzeba powiedzieć: błona dziewicza nie istnieje”. Nie wiem czy raz na zawsze wystarczy. O tym zadecydują same zainteresowane czyli dzie… niewi… posiadaczki tego, co nie istnieje. Bo czasami trudno nad owym „nieistnieniem” przejść do porządku od tak sobie. Szczególnie, że rozpowszechnione jest powiedzenie o „bólu istnienia” a o „bólu nieistnienia” źródła milczą…  Swoją drogą posiadanie nieistniejącego artefaktu czyni z onych „niewinnych” osoby niejako magiczne a przez to może sprawić, że będą ów nieistniejący kawałek swego ciała cenić znacznie bardziej niż dotychczas. I trudno je będzie przekonać, że pozostając, proszę mi wybaczyć, niewinnymi hołdują czemuś tak ohydnemu jak heteroseksualne spojrzenie na seks. Czymkolwiek miałoby owo okropieństwo być.
 
O znaczeniu inicjatywy szwedzkiego stowarzyszenia świadczy,  przesądzający chyba o jej powodzeniu, głospani minister ds. równouprawnienia i integracji w rządzie Szwecji, pani Nyamko Sabuni stwierdzającej że będzie „bardziej niż chętnie, używała słowa wianuszek pochwowy”. Już sobie wyobrażam, jak pani minister, bardziej niż chętnie, czyli co drugie zdanie, nawiązuje w swych wypowiedziach do owego „wianuszka”. Ciekawe w jakich kontekstach zechce je osadzić zważywszy, że niewinność „to niejasne pojęcie, które snuje się wokół mitów o kobiecej seksualności…”?
Myślę, że pan Osiatyński na tej podstawie może być pewien, że rzeczywiście świat pod rządami feministek będzie wspanialszy i chętniej skupiający się na sprawach naprawdę ważnych. Wszak nic nas tak nie uciska i nie krępuje jak to, że istnieje błona dziewicza a kobiety, nie wiedzieć czemu, jeszcze czasem upierają się by jednak być  do pewnego momentu niewinne. Znaczy czyste. To chyba jest termin przez feministki do zaakceptowania. Wszak wizja czystości traconej przez sam kontakt z facetem jest esencją feminizmu.
 
Owa dyskusja i deklaracje przywodzą mi na myśl przywołaną w tytule przypadłość. Polega ona na tym, iż piękne i cudnie rokujące jako przyszłe kobiety nastolatki, z dnia na dzień zauważają, że ich ewidentnie kobiecy organizm nie działa tak, jak owemu organizmowi przystoi. Dokładniejsze badania wykazują, że w istocie ów kobiecy organizm zawiera w sobie niespodziankę w postaci ukrytych, jak najbardziej męskich gruczołów płciowych. A to powoduje, że właściwie nie wiadomo kim taka istota ludzka w zasadzie jest.  Nie wiem czy Osiatyński i reszta jego druhów znają ze słyszenia (oczywiście nie twierdzę że z widzenia albo, co nie daj Bóg, z autopsji) ową przypadłość. Może powinni poczytać o niej by sobie uświadomić, że natura jest i mądrzejsza i bardziej przewrotna niż im, przy ich całej obudowie w ukończone fakultety i posiadane naukowe tytuły,  mogłoby się wydawać. Że nie warto brać odpowiedzialności za żadne uogólnienia bez względu na to czy są one maskulinizujące czy feminizujące. Że wśród kobiet, tak jak i wśród facetów, znaleźć można dosyć idiotek, bufonek, mitomanek, zbrodniarek, lubieżnic, hazardzistek, alkoholiczek. Wśród przedstawicieli obu płci są też oczywiście geniusze, bohaterowie, społecznicy. Tylko czy ukształtowała ich, tych dobrych i złych, akurat płeć? To jak wtedy jest z tymi nieszczęśnicami/nieszczęśnikami od feminizujących jąder? Czy za ich świadomość i tożsamość odpowiada kobiecość przed ujawnieniem czy męskość po odkryciu?
 
Ps. Spotkałem w swoim życiu jakąś liczbę wyjątkowych sukinsynów i paru ewidentnych skurwysynów. Spotkałem też zbliżoną liczbę wspaniałych facetów. Miałem przyjemność zetknąć się z wieloma fantastycznymi i cudownymi kobietami ale i z takimi, które były idiotkami bezdennymi lub sukami bezgranicznymi…
 
Ps2. Gdy czytam listę owych czterdziestu feministów plus Osiatyński (feminista inicjator) to sam nie wiem co myśleć. Taki mi się bowiem snuje po głowie koncept, by owym, jak sadze, jednak 100% samcom podsunąć rozwiązanie oczywiste. Rola kobiet wzrośnie gdy liczba facetów drastycznie zmaleje. Tak więc każdy, któremu bliska jest idea feministyczna, może z natychmiast do jej zwycięstwa się przyczynić. Z miejsca zwalniając wiele reprezentacyjnych i prestiżowych stanowisk i zmniejszając liczebną przewagę płci brzydszej. Oczywiście, zgodnie z prawem, tylko o siebie. Ale z drugiej strony, jak widzę ilość tytułów naukowych i dostojeństwo profesji to cieszę się jednak, że, przy ich rozumie niewyobrażalnym, nikomu to proste rozwiązanie do głowy nie przyszło.
 
* przyznam, że tytuł czekał na okazję od dość  dawna czyli od czasu gdy KMK o owej przypadłości mi opowiedziała. Nie mam najmniejszego zamiaru naśmiewać się z dotkniętych tym błędem natury. Współczuję im…
** http://wyborcza.pl/1,82949,6737623,A_czy_ty_jestes_feminista_.html
***http://facet.wp.pl/kat,1007819,wid,11243576,wiadomosc.html
rosemann,
dodany: 2009-06-25
Słowa kluczowe: feminizm,
KOMENTARZE:
Zaloguj się