PublicystykaCywilizacjaElita ducha (po Kongresie i Polańskim)
mail
[Zaloguj]

10-03 - dzisiejsze rocznice:

Linki

Elita ducha
(po Kongresie i Polańskim)

Karze__ (...) Arystokracja ducha… to w większości nieporozumienie. Ludzie, którzy kreują siebie lub są kreowani na autorytety niestety nie zawsze wielkością ducha potrafią się wykazać. Często z tego powodu, że brak im charakteru albo rozumu. I jeszcze z tego powodu, że próżności nigdy im nie staje. Wiec choćby człowiek nie chciał to musi patrzeć. (...)
Jakiś czas temu (dokładnie wówczas, gdy pisałem o zamordystycznej szkole w demokratycznym państwie) miałem wielką ochotę napisać coś o tym, jak demokracja zamieszała porządkiem społecznym i co z tego wynikło. A wynikło tyle, że po porządku, i społecznym i każdym innym niewiele zostało. Nie mogło zresztą być inaczej skoro w demokracji „każdy inny, wszyscy równi”. A wiadomo, że jak wszyscy równi to proces równania odbywał się wyłącznie w jedna stronę. Co prawda u zarania demokracji wymyślono coś, co miało działać w obie strony, radząc sobie z tymi, co wyrastali ponad jaki z zbyt małymi ale prokrustowe łoże nie przyjęło się nawet wówczas. Jednym słowem  na ołtarzu owej równości poświęcono wszystko to, co ponad przeciętność było w stanie wylecieć.
 
I źle, że poświęcono. Bo razem z tym przepadł może i okrutny ale dla społeczeństwa zbawienny porządek, w którym ludzie się ustawiali. Ja nie twierdzę że był idealny bo nie był, ale miał w sobie jedną oczywistą i fundamentalna zaletę. Tę mianowicie, że jak człowiek chciał być wyniesiony to musiał podporządkować się pewnym rygorom. Słowem musiał zaakceptować tę prawdę, że na pewnym poziomie pewne rzeczy nie uchodzą. Oczywiście, jak wszystko, co ludzkie, nie funkcjonowało to idealnie. Niemniej jakieś tam sito stanowiło i każdy potencjalny neofita starał się jak mógł.
Tym bardziej się starał, że właściwie dobijał się do drzwi zamkniętych i jeśli udało mu się je otworzyć to tylko na zasadzie jakiegoś cudu albo wyjątku. Znał więc wartość takiego wyniesienia.
 
Wiek XX z arystokracją krwi rozprawił się dość skutecznie. W sposób mniej (jak nasza konstytucja marcowa) lub bardziej (jak bolszewicki przewrót i jego konsekwencje) radykalny. W to miejsce, podobnie jak we wszystkie inne dziedziny, wprowadził pozorny egalitaryzm. Pozorny z dwóch powodów. Przede wszystkim z tego, że biologia ma gdzieś ideologię i jednych czyni mądrymi, pięknymi lub wybitnymi pod innym względem a innych pozostawia głupimi lub brzydkimi albo ułomnymi inaczej. Po drugie dlatego, że człowiek ma w sobie naturalną skłonność ku temu by się wyróżnić. Jak uświadomiła mi kiedyś pewna 13- latka (starając się o posadę w poczcie sztandarowym) „każdy chce być kimś”. I to jest „złota” zasada organizacji społeczeństwa ( nie tylko zresztą ludzkiego) i dowód koronny na to jaką mrzonką jest egalitaryzm. I nie tylko mrzonką. Jest mrzonką szkodliwa bo odbierającą i wybitnym i przeciętnym nawet jednostkom motywację by popychać świat do przodu.
 
Tyle, że przeszłości nikt restytuować ani nie chciał ani nie potrafił. To drugie bo o cudotwórców trudniej niż o ludzi naprawdę przyzwoitych a to pierwsze… Cóż, tu chyba zdecydowała niepewno tego, gdzie taki odważny by się w nowym- starym porządku znalazł. A kto by zaryzykował własnoręczne strącenie z Parnasu?
 
W efekcie dawną arystokrację krwi zastąpiła arystokracja ducha. Tak przynajmniej chciałaby być widziana. Jej pozycja to oczywista uzurpacja ale ta pierwsza też swoją pozycję wyrąbała bardziej przemocą niż konsensusem. I o ową uzurpację nie mam pretensji. Mam natomiast dużą o jakość. Bo jak nie mieć skoro powstała równolegle lecz ciesząca się zdecydowanie mniejszym mirem arystokracja pieniądza ma z tą dawną więcej wspólnego. Wiem, że ma przede wszystkim dlatego, że się snobuje i ze ją stać po prostu ale ważne, że jej zależy by ten dawny etos w jakimś (szkoda że nie w całkowitym) kształcie kultywuje.
 
Arystokracja ducha… to w większości nieporozumienie. Ludzie, którzy kreują siebie lub są kreowani na autorytety niestety nie zawsze wielkością ducha potrafią się wykazać. Często z tego powodu, że brak im charakteru albo rozumu. I jeszcze z tego powodu, że  próżności nigdy im nie staje. Wiec choćby człowiek nie chciał to musi patrzeć.
 
Nie chciałem patrzeć ale się nie dało. Bo owa arystokracja wylewała się, wyglądała lub wyskakiwała z miejsc wszelakich. A wyłaziła, wyskakiwała i wylewała się po to, by arystokracja ducha mogła rzucić oskarżenie, że tym swoim duchem nie ma okazji się podzielić tak hojnie, jak by chciała.
 
Kiedy słuchałem przebitek z Kongresu Kultury Polskiej to słyszałem wyłącznie niemal koślawą parafrazę najodważniejszej deklaracji w historii. „dajcie nam publiczne pieniądze a pokażemy na co nas stać”. Ale nawet przez chwilę nie dałem się ponieść sile tego przekazu. Bo za żadne pieniądze nie kupi się talentu i twórczej witalności. Za pieniądze, jeśli one duże można sobie tylko kupić kłopoty i konflikty. Bo takich dużych, by całą „arystokrację ducha” wziąć na garnuszek, to nawet Bóg by nie stworzył. A co dopiero „europejskie mocarstwo średniej wielkości”. I szkoda, że nie ma takich. Bo jak słucham o tych wszystkich książkach, które by zostały napisane, filmach, które by powstały, spektaklach wybitnych to kusi.
 
Tylko co im broni pisać te książki, te scenariusze teraz?
 
Na swoje szczęście opisywanej już tutaj, sławetnej dyskusji naszych „arystokratów ducha” o jednym z nich nie oglądałem. Ale nie udało mi się uniknąć innych głosów na ten temat. A z nich i z wszelkich innych, oficjalnych i nie, żenujących wypowiedzi w tej sprawie wyłania się obraz już nie arystokracji ale wręcz „kasty ducha”. Takiej, która zaczyna wyrastać ponad prawo. I przyzwoitość. Trudno kojarzyć to wszystko inaczej jak z przekonaniem najwyższych w społeczeństwie kastowym, że im wolno więcej. A ich nie wolno…
 
Już chyba wolę zanarchizowaną „szarą masę” bez żadnych pretensji niż taką elitę.
rosemann,
dodany: 2009-09-28
Słowa kluczowe: społeczeństwo, elita,
KOMENTARZE:
Zaloguj się